Czasami mam wrażenie, że mężczyzna jest bardziej organizmem niż osobą.
Nie w sensie biologicznym, ale psychicznym, jakby w jego wnętrzu działał cały system postaci, które współpracują, spierają się i próbują dojść do porozumienia.
Jedna z nich dąży do skuteczności, druga do bliskości, trzecia do spokoju.
Jedna lubi ciszę, druga ruch.
Jedna walczy, bo nie zna innego sposobu na przetrwanie,
a inna milczy, bo wie, że każde słowo coś kosztuje.
Jedna potrzebuje uznania, inna chce zniknąć z radaru.
Jedna ciągle analizuje, inna tęskni za spontanicznością.
Żadna z nich nie jest fałszywa, wszystkie są prawdziwe, tylko w różnych momentach.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy któraś z nich zaczyna dominować, a reszta musi milczeć.
Każdy mężczyzna nosi w sobie wiele wersji siebie.
W ciągu jednego dnia potrafi przejść od roli ojca do roli sprzedawcy, od partnera do lidera, od przyjaciela do przeciwnika, a potem wieczorem próbować być sobą, choć nie do końca wie, co to dziś znaczy.
Każda z tych ról ma własną logikę i własny zestaw oczekiwań.
Ojciec ma być odpowiedzialny, partner uważny, lider skuteczny, kolega lojalny, a człowiek w samotności spokojny.
Tyle że te oczekiwania rzadko są spójne.
W praktyce mężczyzna coraz częściej przypomina system napięć, w którym jedno „ja” próbuje zapanować nad drugim.
Psychologia od dawna mówi o wielowymiarowości człowieka.
William James (1890) pisał, że jednostka posiada wiele „ja społecznych” odmiennych oblicz siebie, które aktywują się w zależności od otoczenia.
To jedno z pierwszych uznanych spostrzeżeń, że człowiek nie jest jednolity, a jego tożsamość nie jest konstruktem stałym.
Każde z tych „ja” istnieje w relacji z rodziną, z zespołem, z partnerem, z własnym cieniem.
James pisał, że to, które z nich dominuje, zależy od kontekstu i wartości, jakie dana osoba przypisuje swojej roli.
To znaczy, że mężczyzna nie ma jednej twarzy, ma ich wiele i każda z nich jest prawdziwa w momencie, gdy zostaje uruchomiona.
Współczesna psychologia rozwija ten wątek w kierunku koncepcji dialogowego Ja Hermansa (2001).
Według niego człowiek nie jest jedną osobą, ale wielogłosowym systemem pozycji wewnętrznych, które prowadzą ze sobą nieustanny dialog.
Czasem spór, czasem negocjację, czasem pełną zgodę.
Każda z pozycji reprezentuje inny punkt widzenia, inne doświadczenie, wspomnienie, archetyp.
Jedno „ja” może być racjonalne, inne emocjonalne, kolejne buntownicze lub opiekuńcze.
Hermans pisał, że zdrowie psychiczne nie polega na wyciszeniu tych głosów, ale na utrzymaniu między nimi dynamicznej równowagi.
Innymi słowy spójność to nie cisza, ale harmonia w różnorodności.
W praktyce to właśnie ten dialog wewnętrzny jest źródłem rozwoju.
Zdolność do rozumienia, że mogę być różny w różnych momentach, nie jest oznaką niestabilności.
To dowód świadomości, że wiem, kim jestem w danym kontekście i że potrafię wrócić do siebie, gdy kontekst się zmienia.
To dlatego Higgins (1987) w teorii rozbieżności Ja pisał, że napięcie między „Ja realnym”, „Ja idealnym” i „Ja powinnościowym” stanowi naturalną część życia psychicznego.
Nie jest to błąd konstrukcyjny, ale mechanizm motywacyjny.
To właśnie to napięcie sprawia, że człowiek myśli, reflektuje, rozwija się i koryguje kierunek.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy „Ja powinnościowe” czyli głos norm i obowiązków całkowicie przejmuje kontrolę.
Wtedy człowiek przestaje być sobą, a staje się sumą cudzych oczekiwań.
Wielu mężczyzn żyje właśnie w tej fazie w dominacji roli obowiązku.
To niekoniecznie coś złego, to często wynik wychowania, lojalności, etosu pracy, norm społecznych czy narzuconego stylu życia kreowanego przez media społecznościowe.
Ale im dłużej trwa ten stan, tym trudniej odzyskać własny głos.
Wtedy przychodzi moment zmęczenia, który nie jest fizyczny, to zmęczenie rolą.
Człowiek funkcjonuje poprawnie, nawet dobrze, ale wewnętrznie ma poczucie, że nie gra już w swoją grę.
Winnicott (1960) opisał to jako konflikt między prawdziwym Ja, a fałszywym Ja, tym, które powstało, by chronić nas przed dezaprobatą świata.
Fałszywe Ja jest skuteczne, racjonalne, odpowiedzialne.
Ale to ono najczęściej wypala.
Bo nie potrafi odpoczywać, cieszyć się, błądzić.
W konsultacjach często widzę, jak mężczyzna przychodzi nie po odpowiedź, tylko po zgodę na złożoność.
Na to, że nie musi być konsekwentny w każdej roli.
Że może być twardy w pracy i wrażliwy w domu, zdecydowany w działaniu, a zagubiony w relacji i że te części nie muszą się nawzajem wykluczać.
To nie jest hipokryzja, ani brak tożsamości.
To pełnia człowieczeństwa.
Bo prawda o człowieku nie mieści się w jednym przymiotniku.
Człowiek jest procesem, nie definicją.
Jeśli spojrzeć na to z perspektywy Junga (1934/1968), ta wielość to właśnie obszar, w którym spotykają się persona i cień.
Persona to maska, którą nosimy, by przetrwać w społeczeństwie, a cień to to, co ukrywamy nie dlatego, że jest złe, tylko dlatego, że nie pasuje do kontekstu.
Jung pisał, że rozwój nie polega na odrzuceniu maski, ale na zintegrowaniu jej z tym, co ukryte.
Mężczyzna, który przyznaje się do swoich sprzeczności, nie staje się słabszy.
Staje się prawdziwszy, bo wreszcie widzi siebie w całości.
Fromm (1941) powiedział, że człowiek często ucieka od wolności, bo wolność oznacza konieczność wyboru.
Wybór z kolei oznacza odpowiedzialność za to, którą wersję siebie uruchamiam.
Być może właśnie dlatego większość z nas trzyma się jednej roli, daje poczucie bezpieczeństwa.
Ale bezpieczeństwo bywa iluzją.
Człowiek, który jest tylko liderem, tylko ojcem, tylko pracownikiem, w pewnym momencie przestaje być sobą.
Bo jego system przestaje mieć wymianę między rolami.
Zamienia się w strukturę sztywną, sprawną, ale pozbawioną życia.
Z perspektywy psychologicznej, różnorodność ról można traktować jak mechanizm regulacyjny.
Każda rola odpowiada na inne potrzeby, a ich współistnienie pozwala utrzymać równowagę psychiczną.
Mężczyzna, który potrafi świadomie przełączać się między rolami, staje się bardziej odporny, bo ma więcej „punktów oparcia” w sobie.
Nie potrzebuje jednej definicji, bo potrafi funkcjonować w wielu.
To nie oznacza chaosu, ale dojrzałą elastyczność, którą psychologia poznawcza określa jako psychological flexibility (Kashdan & Rottenberg, 2010).
W praktyce, to oznacza, że zdrowy człowiek nie szuka jednej tożsamości, ale koordynuje swoje role tak, jak dyrygent prowadzi orkiestrę.
Każdy instrument ma swoje miejsce i moment, a jego dźwięk jest potrzebny tylko wtedy, gdy gra zgodnie z resztą.
Autentyczność nie polega więc na byciu zawsze sobą.
Polega na tym, że wiesz, która część ciebie powinna właśnie teraz przemówić.
Bo mężczyzna nie staje się sobą wtedy, gdy odnajduje jedną tożsamość.
Staje się sobą wtedy, gdy przestaje się bać, że ma ich wiele.
W pracy, w domu, na treningu, podczas wypadu z kumplami czy wśród ludzi, których łączy wspólna pasja, zachowujemy się inaczej.
To naturalne.
Zmieniamy ton głosu, sposób mówienia, poziom energii.
Zmieniamy nawet to, jak oddychamy.
Zaskakujące jest to, jak bardzo otoczenie potrafi kształtować postać, którą odgrywamy i jak nieświadomie tworzymy własny wizerunek.
Im większa ta złożoność, tym ciekawszy człowiek, bo potrafi żyć w wielu światach, a każdy z nich mówi o nim coś prawdziwego.
Ale otoczenie nie zawsze to rozumie.
Dla wielu ludzi złożoność to zagrożenie, bo wymyka się prostym etykietom.
Jak to możliwe, że facet w garniturze ma ciało wytatuowane od kostek po kark?
Że księgowy po godzinach trenuje w klatce, zakłada rękawice i bije się z własnym kolegą?
Że ktoś, kto na co dzień zajmuje się analizą danych, w weekend naprawia silnik, trenuje boks, robi stół z drewna albo prowadzi zajęcia dla dzieci?
To przecież niemożliwe, bo system uczy nas, że człowiek ma być jednym stabilnym produktem, a nie zbiorem sprzeczności.
Tylko że życie nie działa jak Excel.
Nie jesteśmy wierszem danych, tylko układem napięć, pragnień, archetypów i masek.
Świat jednak próbuje nas uprościć sprowadzić do jednej roli, jednego zawodu, jednego stylu bycia.
W pracy oczekują wielozadaniowości, elastyczności, kreatywności, odporności i empatii, ale gdy pokazujesz charakter, słyszysz, że jesteś „trudny”.
Kiedy stawiasz granice mówią, że jesteś narcystyczny.
Kiedy masz własne zdanie, że jesteś arogancki.
A kiedy milczysz, że masz problem z komunikacją.
Nie ma tu pola manewru.
Jeśli próbujesz sprostać wszystkim wymaganiom naraz, znikasz w środku.
Zamiast siebie, zaczynasz utrzymywać wersję, którą akceptuje otoczenie.
I właśnie wtedy człowiek przestaje grać rolę, zaczyna w niej mieszkać.
A przecież to nie role nas definiują, tylko to, czy potrafimy z nich wyjść, gdy nikt nie patrzy.
Sztuką nie jest unikać gry, ale grać świadomie.
Być najlepszą wersją roli, którą akurat przyszło nam odegrać, nie po to, by zadowolić widownię, ale by nadać sens scenie, na której stoimy.
To także sztuka reżyserii, tworzenia teatru, który wygląda tak, jak chcemy.
W którym mamy sprawczość, zdolność do adaptacji i wybór, kiedy zejść ze sceny, a kiedy powiedzieć kwestię, która może coś zmienić.
Ale żeby ten teatr grał naprawdę, żeby zewnętrzne role nie zjadały tego, co prawdziwe trzeba uporządkować scenę wewnętrzną.
Bo dopiero gdy człowiek zaprowadzi porządek w sobie, zaczyna grać rolę, a nie być przez nią grany.
Bibliografia
- Fromm, E. (1941). Escape from freedom. Farrar & Rinehart.
- Hermans, H. J. M. (2001). The dialogical self: Toward a theory of personal and cultural positioning. Culture & Psychology, 7(3), 243–281.
- Higgins, E. T. (1987). Self-discrepancy: A theory relating self and affect. Psychological Review, 94(3), 319–340.
- James, W. (1890). The principles of psychology. Henry Holt and Company.
- Jung, C. G. (1968). The archetypes and the collective unconscious (R. F. C. Hull, Trans.). Princeton University Press. (Original work published 1934)
- Kashdan, T. B., & Rottenberg, J. (2010). Psychological flexibility as a fundamental aspect of health. Clinical Psychology Review, 30(7), 865–878.
- Winnicott, D. W. (1960). Ego distortion in terms of true and false self. In The maturational processes and the facilitating environment (pp. 140–152). Hogarth Press.